Wszystkie teksty zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa. Nie zezwalam na ich kopiowanie i wykorzystywanie osobom postronnym bez mojej uprzedniej pisemnej zgody.

czwartek, 21 listopada 2013

"Czarny Faraon" Christian Jacq

Dziś będzie krótko, bo książka, o której chcę napisać, nie jest całkowicie beznadziejna. Czarny Faraon to lektura, która spowodowała u mnie mieszane uczucia. Uwielbiam starożytny Egipt, tamtejszych bogów (zwłaszcza Anubisa --> swoją drogą parę lat temu czytałam taką książkę Anubis Wolfganga Hohlbeina - nie dość, że nudne, to jeszcze głupie), faraonów i sekretne rytuały. Spodziewałam się więc, że tu będzie wszystko to, co powinno być w książce o rzeczonym starożytnym Egipcie. Akcja rozgrywa się ok. VIII wieku p.n.e. i opisuje bunt jednego z wodzów libijskich, mieszkających na północy Egiptu (Delta), przeciwko faraonowi Pianchiemu, którzy żyje sobie na dalekim Południu i nie wyściubia nosa poza swoje miasto Napatę. Oczywiście jest bardzo zdziwiony, że gdy on nie interesuje się prawie całym Egiptem (a nosi koronę zarówno Górnego, jak i Dolnego), ktoś ośmiela się podjąć próbę zjednoczenia kraju i przywrócenia mu ładu. Brzmi całkiem nieźle, prawda? Zwłaszcza że autor jest egiptologiem, więc powinien znać się na rzeczy. I możliwe, że na rzeczy się zna, ale na jej literackim przedstawieniu już nie. Zacznijmy od stylizacji językowej. Otóż leży ona nieżywa, raz po raz wstrząsana drgawkami pośmiertnymi w nielicznych momentach, kiedy autor wreszcie przypomina sobie, że akcja nie dzieje się we współczesności. Jedynie opisy strojów i obrzędów uświadamiają nam, że akcja dzieje się tam, gdzie ma się dziać. Przypomina to jednak przepisywanie podręcznika do historii, tylko w trochę bardziej przystępny sposób. Ale tylko trochę, bo w niektórych miejscach mamy po prostu suche fakty.
Zazwyczaj marudzę, że książki są za długie o 100, 200, 400 stron, ale tu niestety książka okazałą się za krótka. Jest po prostu denerwująco lakoniczna! Wielokrotnie napięcie rośnie, ale nie osiąga punktu kulminacyjnego. Pozostawia czytelnika w zawieszeniu z lekko drgającą powieką. Często też chciałoby się lepiej poznać historię danej postaci, ale autor streszcza ją najwyżej do dwóch zdań, bo służy mu to głównie po to, by wprowadzić bohatera do opowieści. Do TU i TERAZ. A mogłoby być naprawdę ciekawie, gdyby Christian Jacq dopisał tak ze 200 stron do tej swojej powiastki. Trudno mi bowiem nazwać to powieścią przez jej lapidarność.
Czuję niedosyt, bo książka ma potencjał, ale niestety niewykorzystany.

Dla mnie 5/10

sobota, 16 listopada 2013

Filmy obejrzane w październiku

Krudowie - po wszystkich Shrekach, Epokach lodowcowych i Madagaskarach wytwórnie nadal kombinują jakby tu jeszcze zarobić na bajkach. Trzeba przyznać, że Krudowie prezentują się ładnie. Animacja zrobiona świetnie - postacie dopracowane w każdym detalu. Ale jeśli chodzi o fabułę, to... Być może wymagam zbyt wiele od animacji, ale co za dużo to niezdrowo. Krudowie to opowieść o jaskiniowcach. Chyba. Bo po roślinności, która jest w tej historii można by wnioskować, że jednak mamy tu epokę dinozaurów, tyle że bez dinozaurów. Ale to nie wszystko. Mamy też jeszcze mnóstwo, ale to naprawdę mnóstwo, nawiązań do współczesności. Gdyby to był jeden przypadek, ewentualnie dwa, byłoby to do przełknięcia, a tak było to głupie. Historia też niby fajna, ale jakaś niedopracowana. Przyznaję, zaśmiałam się kilka razy szczerze, ale o ból zębów przyprawiały mnie kolejne wynalazki upchane w prehistorii. No, gdyby takie tempo było ich wynajdowania, to zaiste dziś mielibyśmy swoje kolonie na Jowiszu. I do tego jeszcze wydumane zwierzęta, im bardziej dziwne, tym lepiej. Ja tego nie kupuję, ale daję 6/10, co i tak wydaje mi się aż nadto. Jeden plus jest taki, że na pewno dzieciom się spodoba, bo i kolorowo, i śmiesznie, a to przecież najważniejsze.

Dhoom 2 - moje pierwsze spotkanie z Bollywood. Najpierw obejrzałam kilka piosenek na YouTube i po prostu padłam ze śmiechu. To trzeba zobaczyć! A skoro już raz padłam, to musiałam zobaczyć całość. Ten film to harlequin w czystej postaci, ale i z pewnym wątkiem sensacyjnym. Wciąga - naprawdę, choć trzeba przebrnąć przez jedną scenę, która jest z czapy i jest po prostu denna. Potem jest lepiej. I śmieszniej. Nagłe tańce, które niewiele mają wspólnego z fabułą, spojrzenia zakochanych, które trwają pół godziny... Cudo! Ale to raczej babskie kino, choć i panowie mają na czym oko zawiesić. Wkręciłam się w Bollywood i daję 8/10.


Alicja w Krainie Czarów - ta psychodeliczna opowieść nigdy mnie nie fascynowała, ale postanowiłam obejrzeć nową jej wersję. Zapewne jestem jedną z ostatnich osób, bo chyba już ją wszyscy widzieli, ale lepiej późno niż później (szczerze polecam ten film z Diane Keaton - Lepiej późno niż później). Cóż, film mnie wciągnął, ale nie zachwycił. To znaczy, nie mam jakiś większych emocji po obejrzeniu tegoż. Czasami efekty były takie jakby je robiono w Paincie, czasami były naprawdę dobre. Gra aktorska niezła, choć momentami nieudolna. To film, którego nie wiedziałam, jak ocenić. Daję 5/10, bo choć nie lubię tej historii, nie kręci mnie ona ani nie bawi, to Tim Burton przykuł moją uwagę. I wcale nie Johnnym Deppem, raczej Heleną Bonham Carter, która jak zwykle miała pole do popisu. Dziwny film, jak na trio (Tim Burton, Johnny Depp i Helena Bonham Carter) przystało.

Wielkie kino - parodia Opowieści z Narnii, Charlie'ego i fabryki czekolady oraz kilku innych filmów. Przyznam, że już wcześniej widziałam ten film, ale dojście do tego zajęło mi pół godziny seansu. Ogólnie oceniam to na 5/10, bo są momenty bardzo śmieszne, ale są i takie, których oczywiście w amerykańskiej parodii/komedii nie może zabraknąć, czyli wszelkie obrzydlistwa (patrz: American Pie). Mnie taki "humor" nie odpowiada i stąd niższa ocena.





Jeździec znikąd - 1/10 uzasadnienie TUTAJ

Kot w butach - historia Kota w Butach tego od Shreka. Naprawdę niezła animacja, choć miejscami przesadzona. Nie mam tu zbyt wiele do napisania, bo mnie się bardzo podobało (choć nie porywa jak sam Shrek) i dlatego oceniam 7/10.







Marple: A Caribbean Mystery 2013 (Panna Marple i karaibska tajemnica) - film dla fanów Agathy Christie i każdego, kto lubi dobre kryminały. Nie przepadam za panną Marple, wolę zdecydowanie Poirota, ale w tym filmie dobrali genialnie odtwórczynię głównej roli - Julię McKenzie. Sama przyjemność oglądania, choć obraz wcale nie wygląda na realizowany w tym roku, ale na taki sprzed co najmniej dziesięciu lat. Nie mniej jednak warto zobaczyć. 7/10

Szybcy i wściekli - kolejny film, który pewnie już wszyscy dawno widzieli. Również postanowiłam się wkręcić w tę serię. Film, który nie wymaga od widza zbyt wiele, nie musi też mieć jakieś skomplikowanej fabuły. Są umięśnieni faceci, przepocone koszulki (których chyba w ogóle nie zmieniali) i szybkie samochody. Hm, w sumie teraz się nie dziwię, czemu tak wszyscy to uwielbiają. Dla mnie jednak szału nie było pod żadnym względem. Jedynie ostatnie sceny pościgu zrobiły na mnie wrażenie i bałam się o rękę jednego z bohaterów (myślałam, że zejdę podczas tej sceny, jestem wrażliwa na wplątywanie się w linki). Daję 5/10. Mam nadzieję, że następna część będzie ciekawsza, choć na razie nie spieszy mi się do jej obejrzenia.

poniedziałek, 14 października 2013

"Jeździec znikąd"

Obejrzałam wczoraj najnowszy film z Johnnym Deppem Jeździec znikąd i postanowiłam podzielić się moimi refleksjami, bo od wczoraj jestem na ten film wściekła. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zwiastun tego dzieła, wiedziałam, że nie będzie mi się podobać, ale skoro Indianin był jedną z głównych postaci, to oczywiście musiałam to obejrzeć. Pokazywanie Indian przez amerykańskich twórców jest tak tendencyjne i niesprawiedliwe, że przyprawia mnie o ból głowy (i rdzennych Amerykanów również) już od dawien dawna. Nawet sam Marlon Brando nie przyjął z tego powodu Oscara za Ojca chrzestnego. Wydawałoby się jednak, że świat idzie do przodu, więc i to również powinno się zmieniać. Niestety tak nie jest.
Jeździec znikąd to koszmarek, w którym naczelni obrońcy tego dzieła, doszukują się nawiązań do klasyki westernu i wielu innych rzeczy, których tu nie ma. Wychwalają go pod niebiosa i porównują z Piratami z Karaibów. Bo film ten miał być na ich miarę, ale Piraci... i bawili, i trzymali w napięciu, i przede wszystkim pokazali nam Johnny'ego Deppa, którego wszyscy pokochali. Natomiast Jeździec... to takie nie wiadomo co. Niby ma być dla dzieci, ale sporo tu przemocy, niby ma być śmiesznie, ale teksty są żenujące, niby ma być jakieś przesłanie, ale jest ono tak głęboko ukryte, że chyba nawet twórcy tego dzieła do niego nie dotarli. Może więc film miał być dla dorosłych? Zbyt głupi. Poziom trzymają tu jedynie kowboje, a zwłaszcza bandyci i ich szef oraz Indianie, ale nie ten grany przez Johnny'ego Deppa. Depp nadal ma swoją manierę, której od czasów Jacka Sparrowa nie potrafi się wyzbyć. Brakuje mu tylko butelki rumu. Armie Hammer jest nijaki, po prostu jego postać nie jest logicznie pomyślana. W ogóle na cały film nie ma tu pomysłu, za to jest jeden cel - kasa, którą trzeba szybko zarobić. 
Jednak to, co MNIE najbardziej boli, to sposób przedstawienia Indian - o czym wspominałam na początku. Twórcy zrobili z nich po prostu idiotów. Dwie sceny są warte uwagi w tym filmie. Pierwsza, to taniec Komanczów (z których pochodzi Tonto, grany przez Deppa), a druga - wybicie ich w pień. Jest to scena, która wyciska łzy, ALE... robi z Indian kretynów, którzy nie planują swoich ataków, tylko lecą na oślep na wojsko amerykańskie (a Indianie tak nie robili, walczyli dzielnie, ale z głową!), a na dodatek zaraz po tej scenie mamy jakąś głupawą następną, która ma nas śmieszyć. Historia Stanów Zjednoczonych (ale i całego amerykańskiego kontynentu zarówno północnego, jak i południowego) jest niezwykle krwawa, okropna, dramatyczna i smutna, a Indianie cały czas o tym pamiętają i wcale im do śmiechu nie jest. To, co sprawdziło się w Piratach... tu całkowicie nie pasuje. A ja czekam na film, który wreszcie pokaże prawdę, a nie tylko wpisze się w "dobre kino". Tu tego jednak nie uświadczymy. Sam Tonto też jest trochę wariatem, trochę idiotą, trochę kowbojem, a ja nie wiem zupełnie, co to ma znaczyć. Na dodatek mamy tu Helenę Bonham Carter, która jest wszędzie tam, gdzie Depp. Aż dziwne, że to nie Johnny grał Jerzego VI w Jak zostać królem. Z Heleną mam z kolei taki problem, że raz jest genialna, a raz jest na siłę gdzieś wepchnięta. I tu mamy do czynienia z tym drugim, rolę ma bowiem z czapy. Nagle do tego niby to westernu wkracza nam Bardzo dziki zachód pod postacią Heleny, która pojawia się ze dwa razy na ekranie, ale w supergłupich scenach. A cała żenada trwa dwie i pół godziny, które mijają bardzo powoli. Film przyśpiesza z akcją w jakichś ostatnich 15 minutach, bo wcześniej, poza tymi wszystkimi wadami, jest najzwyczajniej w świecie nudny. Pozostaje mi jedynie wierzyć, że Johnny Depp dotrzyma słowa i kupi oraz odda rdzennym Amerykanom Wounded Knee, bo tylko to może pozwolić wymazać z pamięci Tonto, który był kpiną, a nie prawdziwym Indianinem.

Ocena: 1


A tu filmik, w którym Marlon Brando NIE przyjmuje Oscara:


poniedziałek, 7 października 2013

Filmy obejrzane we wrześniu

Postanowiłam krótko napisać o filmach, które obejrzałam we wrześniu. Ot, kilka przemyśleń.

World War Z - kiedy zobaczyłam zwiastun tego filmu, nie mogłam przestać się śmiać. Był taki kiczowaty, taki "nie wiadomo o co chodzi, ale jest Brad Pitt". I głównie dlatego chciałam obejrzeć ten film, żeby najzwyczajniej w świecie się z niego ponabijać. Cóż... nie cierpię wszelkich zombiaków, a tu się od nich roi (bo nie wiem czemu wcześniej to do mnie nie docierało, mimo że doskonale o tym wiedziałam). I jest straszno - przynajmniej dla mnie, bo bać się nie lubię i wszelkie horrory omijam. Ale jest też kilka sporych niedociągnięć, dzięki którym nerwowo chichotałam, odliczając jednocześnie minuty do końca. Dla mnie to film 6/10. A tym, którzy oglądnęli i mają mieszane uczucia (lub też nie ich nie mają, ale chcą się pośmiać), polecam "Szczery zwiastun World War Z":





Diana - brytyjska rodzina królewska ma tę charakterystyczną cechę, że lubi robić wokół siebie dużo szumu. Nie śledzę za bardzo ich poczynań, raczej wiem o nich tyle, ile wpadnie mi w ucho. Ale Diana to film, który chciałam zobaczyć i który niestety mnie zawiódł. Przede wszystkim za dużo patosu. Nie ma Karola, nie ma królowej. Mamy nieszczęśliwą Dianę i jej miłość. Sama historia ogólnie mnie zaciekawiła, bo - jak się okazało - pewnych rzeczy nie wiedziałam, ale sposób jej przedstawienia jest za bardzo dramatyczny. Dla mnie 5/10. I pewnie Naomi Watts dostanie za tę rolę nominację do Oscara, ale miejmy nadzieję, że statuetki nie otrzyma, bo nie zasłużyła.




R.I.P.D. Agenci z zaświatów - oczywiście najpierw obejrzałam zwiastun, ale na szczęście zapomniałam o tym, co w nim zobaczyłam. Według mnie jest w nim spoiler, który potem odbiera przyjemność oglądania tego filmu, więc chyba w tym przypadku lepiej pominąć zwiastun... Jest w tym filmie pewna wtórność (ale dziś już bardzo trudno o coś w pełni pionierskiego) i można doszukiwać się pewnych podobieństwo do Facetów w czerni, ale mnie fabuła tak wciągnęła, że nie zwracałam na to zbyt dużej uwagi. Pośmiałam się, nie patrzyłam na zegarek, ile jeszcze zostało do końca, jest śmiesznie, jest akcja  i dlatego daję 8/10.




Bling Ring (2013) - film, którego reklama opierała się na Emmie Watson. Nie jestem wielką fanką Emmy, ale nie można powiedzieć, żeby źle się ją oglądało. Postanowiłam więc zobaczyć film tej wielkiej Sofii Coppoli z naszą małą Hermioną (która robi wiele, by ta łatka się od niej odczepiła). Po pierwsze zdziwiło mnie to, że Emma nie gra głównej roli. Pojawia się w kilku scenach, ale nie są to sceny, które byłyby kwintesencją filmu. Skoro nie gra głównej roli, to niefajnie tak nią reklamować film. Trochę czuję się oszukana. Po drugie liczyłam na jakieś mocne sceny. W końcu to nastolatki, które włamują się do willi gwiazd i w zasadzie robią, co chcą. Fakt, trochę rozrabiają, ale dosłownie jedna scena nam to pokazuje w bardzo mocny sposób, po czym... wszystko wraca do normy, czyli do NUDY. Bo ten film to jedna wielka nuda. Zero emocji u widza, chyba że emocjami nazwiemy podtrzymywanie sobie powiek, żeby nie zasnąć. Poza tym, sama realizacja to całkowita beznadzieja. Rozmowy w toku mają lepiej przemyślany scenariusz odcinka niż to, co się wyrabia w tym filmie. Do tego okropna "młodzieżowa" muzyka. Dla mnie 4/10. Nawet Emma nie ratuje tego filmu i gra trochę na poziomie Hermiony. Może dlatego dostała tę rolę, by znów być przemądrzałą bohaterką. Szkoda, oczekiwałam czegoś naprawdę super. Doszły mnie jednak słuchy, że wersja z roku 2011 jest o wiele lepsza. Trzeba będzie sprawdzić.


Last Minute - nasz polski film, który jak zwykle reklamowany był jako komedia. Ale u nas to i Jak zostać królem reklamowano jako megaśmieszną komedię (film genialny, ale od razu komedia? Bez przesady). Wciąż nie tracę wiary w polskich twórców, że zrobią jeszcze kiedyś komedię na miarę Kilera i chyba jedynie dlatego oglądam jeszcze te nowe dzieła. Od razu przyznaję, że ten film to dla mnie 7/10. Jest to opowieść o rodzinie, która leci do Egiptu na wakacje i o tym, jak te "cudowne" wakacje wyglądają. Widziałam dużo negatywnych opinii o tym filmie, które chyba świadczą o braku dystansu widza do siebie. Nie jest to zwykła komedia, w której śmiejemy się co pięć minut. Jest tu też pewna historia, która wcale śmieszna nie jest. Ale przede wszystkim są tu upchane wszystkie przywary Polaków na wakacjach. I to tak bardzo boli. Rzecz jasna, nie wszyscy się tak zachowują, ale zapewne coś jest na rzeczy. Oczywiście film nie jest perfekcyjny, czasem trochę za bardzo wydumany, ale mnie wciągnął i patrzyłam z przymrużeniem oka na jego niedobory. Moim zdaniem warto obejrzeć, bo wciąga, śmieszy i nie razi wulgaryzmami, bo po prostu ich nie ma.

sobota, 5 października 2013

"Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu" Karolina Korwin-Piotrowska

Nie było mnie dość długo... Ech, zrobiłam sobie studenckie wakacje, choć studentką już nie jestem. Postaram się jednak nadrobić "zaległości" i wziąć się ostro za blog. Nie obijać się. I dlatego zamiast zdjęć stosików, serwuję Wam kilka(naście/dziesiąt) słów o pewnej książce. A stosiki muszę ogarnąć, bo się obijam i nie mogę ich okiełznać...
***
Wreszcie wpadła w moje ręce. Czekałam w kolejce w bibliotece parę ładnych miesięcy, żeby wreszcie dowiedzieć się, co to za "bomba". 
Nie jestem fanką Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Nie rozumiem jej fenomenu. Mignęła mi raz w programie Na językach i akurat zaciekawiło mnie to, co tam mówiła. Kojarzę ją sprzed wielu lat, ale raczej mój stosunek do tej pani był chłodny, a może nawet obojętny. Teraz jest kolejną osobą, która wzięła się za pisanie książek. Tak, książek, ponieważ na okładce wyraźnie widnieje, że "następna jej książka będzie filmową autobiografią".
Mam mieszane uczucia, co do tego "dzieła". Po pierwsze, nie wiem w jakim celu powstało. Cały wstęp jest tak rozdmuchany, jakby to, co po nim miało nastąpić, miało być naprawdę CZYMŚ. Czymś, co nas powali, zmiecie z powierzchni i ogólnie będzie MEGA. (Oj, chyba udziela mi się styl autorki Bomby).
Po drugie, nie jestem pewna, czego oczekiwałam od tej książki. Na pewno czegoś innego i lepszego.
Drażni mnie przede wszystkim to, że wiele rzeczy Piotrowska krytykuje u osób, których wyraźnie nie lubi, ale te same rzeczy chwali u tych, których darzy sympatią. U jednych botoks jest super, u drugich świadczy o braku mózgu. I to jest największa wada tej książki. Poza tym, autorka wrzuca wszystkich do jednego wora - twierdzi, że wszyscy kochamy disco polo i Kożuchowską i że jeśli ktoś kupuje czyjeś płyty lub ma miliony wejść na YouTube, to znaczy, że ludzie go kochają. Obawiam się, że niezupełnie tak to funkcjonuje, choć takie postrzeganie jest zaiste kreowane w mediach. Bestseller = wybitność. Kilka filmów, które ona uznaje za świetne - dla mnie są koszmarne, a te, które ona uważa za dno - ja z kolei traktuje jako nawet niezłe. Cóż, kwestia gustu, ale nie lubię, kiedy coś mi się wmawia. Oczywiście w kilku kwestiach zgadzamy się i nawet autorka mądrze pisze, ale są momenty, w których całkowicie bredzi lub spuszcza z tonu, żeby nie urazić kogoś, kogo lubi i zna. Widać to bardzo wyraźnie. A przecież miała to być ta tytułowa bomba! Po przeczytaniu tej książki dowiadujemy się również, że w Polsce mamy tylu zdolnych ludzi z branży aktorskiej, że aż dziwne, że Oscary się nie sypią i karier za wielką wodą też nie ma. Piotrowska dziwne ma też pojęcie o muzyce - zwłaszcza popowej. Wszyscy tacy zdolni, piękni i młodzi. I ciągle padają sformułowania typu: "gdyby X urodził/a się w Ameryce..." lub "gdyby to był amerykański film". No cóż, nie jest. A już jej stwierdzenie, że Jim Carrey (który w druku widnieje ciągle jako Carey) mógłby Tomaszowi Kotowi czyścić buty, bo ten drugi tak genialnie zagrał w To nie tak jak myślisz, kotku - wywołało u mnie ból głowy.
To jedna z tych książek, którą każdy z nas mógłby napisać (a dokładniej - wystukać na klawiaturze komputera, którego reklama widnieje na ostatniej stronie "Książka została napisana na komputerze..." - s.324). Nie ma tu niczego odkrywczego (jedynie dowiedziałam się, że Szymon Majewski ma teraz swój program w Internecie). Kadzenie tym, których się lubi oraz wbijanie szpilek tym, którzy już tacy fajni nie są - to kwintesencja tej pozycji. Podoba mi się, gdy pisze o agentach i stylistkach, bo wtedy pisze o grupie ludzi, a nie o kimś konkretnym, i może być obiektywna. Niektóre jej spostrzeżenia są celne, niektórych wręcz brak. 
I trochę śmieszy mnie też takie obsmarowywanie światka, w którym sama autorka jest i od którego - czy tego chce, czy nie - jest zależna.

sobota, 20 lipca 2013

Na tropie Marsupilami

Uwielbiam kino francuskie. Zwłaszcza komedie. Uważam, że francuscy aktorzy grają tak swobodnie i naturalnie, że w zasadzie granica między graniem a rzeczywistością zaciera się.

W zeszłym roku do kin wszedł francuski film Na tropie Marsupilami. Nie wiem, czy w Polsce w ogóle jest znana postać Marsupilami, mnie niewyraźnie majaczyła z odległej przeszłości. Gdzieś to kiedyś widziałam. Co więcej, za reżyserię tego filmu zabrał się Alain Chabat, którego bardzo lubię. Wcześniej kręcił Asterix i Obelix. Misja Kleopatra i grał tam Cezara - uwielbiam. To wszystko sprawiło, że MUSIAŁAM obejrzeć ten najnowszy film.
Zanim jednak wybrałam się do kina, film już dawno przestał być wyświetlany. I dopiero teraz niedawno nadarzyła mi się okazja, żeby go obejrzeć.

1. Dobrze, że nie byłam na tym w kinie.
2. Dobrze, że oglądałam ten film sama, a nie w towarzystwie któregoś z moich siostrzeńców (film widnieje jako familijny).
Przede wszystkim ten film (TO COŚ) jest przeraźliwie nudny. Akcja - a w zasadzie jej brak - nie może się rozkręcić. Po prostu momentami przysypiałam lub wpadałam w odrętwienie. Żarty były nieśmieszne i głupawe. Wszystko było głupawe.
Ale nie to było najgorsze.
Najgorsza była jedna scena, którą muszę Wam zdradzić, żebyście mieli wyobrażenie o tym, dlaczego ten film nie nadaje się do oglądania z dziećmi (choć doszły mnie słuchy, że telewizja tę scenę wycięła). Mianowicie dwóch głównych bohaterów zostaje zakopanych w ziemi po szyje. Wystają im tylko głowy. I nagle nie wiadomo skąd pojawia się mały pies (podobny do Idefiksa), który postanawia sobie pokopulować z jedną z tych głów. Obrzydliwe. A ta scena trwa, trwa i trwa i zdaje się nie mieć końca.
Oceniam ten film na 2/10, bo tak 20 minut przed końcem (czas trwania 1h 45 min) nawet zaczęłam się śmiać. Być może było to spowodowane tym, że jednak usilnie pragnęłam się na tej KOMEDII pośmiać, a przez ponad godzinę nie było okazji. Możliwe, że było to wymuszone i dość histeryczne. 
Teraz, gdy zobaczę, że Alain Chabat się za coś zabrał, zastanowię się dwa razy, czy to w ogóle oglądać.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Nabytki czerwca

W czerwcu poszalałam z księgami.
Zacznę od tego, co przeczytałam (12 książek):


Kilka słów o niektórych pozycjach:

Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy to książka, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Jest dużo lepsza od Bridget Jones, której jedynymi problemami byli faceci i wybór majtek na randkę. Tu mamy zalążek romansowy (bo romansem trudno to nazwać jak na razie), humor i wątek kryminalny. Dla mnie idealnie. Dlatego oczywiście już mam drugą część do pochłonięcia. 8/10
Cisza Stefana Czernieckiego to również pozytywne zaskoczenie. Moja entuzjastyczna recenzja znajduje się TUTAJ 8/10
Whitney, którą znałem już pisałam na blogu, ale gdyby jeszcze ktoś chciał przeczytać, to jest TUTAJ 3/10
Podróże z dreszczykiem to bardzo ciekawa książka (zwłaszcza dla miłośników duchów, niewyjaśnionych zjawisk itp.), którą warto przeczytać. Mnie się podobała, chociaż kilka stwierdzeń (teoretycznie neutralnych) dotyczących Indian nie przypadło mi do gustu. Ta pozycja to takie skondensowane informacje, które powodują, że chce się więcej. Ale tego "więcej" trzeba dalej szukać na własną rękę. 7/10

W czerwcu przybyło mi 21 książek.

Egzemplarze recenzenckie:

1. 7 najciekawszych propozycji na urlop w mieście Dariusz Jędrzejewski
2. 15 rowerowych krain na aktywny urlop Dariusz Jędrzejewski
3. Tajlandia Phil Macdonald, Carl Parkes
4. Yggdrasil. Struny czasu Radosław Lewandowski
5. Joachim Grażyna Hanaf
6. Dżungla miasta Jacek Pałkiewicz
7. Whitney, którą znałem BeBe Winans
8. Wspaniałe podróże na każdą kieszeń Tadeusz Chudecki
9. Podróże z dreszczykiem Piotr Małyszko


Zakupy w Weltbildzie (przeceniali z 70 zł na 20 zł!):



10. Mitologia grecka i rzymska Katarzyna Marciniak
11. Eposy świata Karina Jarzyńska
12. Mitologia japońska Agnieszka Kozyra
13. Wielcy władcy starożytności Rafał Idzik



I inne:

14. Sand Creek 1864 Jarosław Wojtczak
15. Po drugie dla kasy Janet Evanovich
16. Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy Janet Evanovich
17. Zbrodnie roślin Amy Stewart
18. Bitwa pod Hastings Christopher Gravett
19. Pierwsza krucjata David Nicolle
20. Indianie. Życie, legendy i sztuka Larry J. Zimmerman
21. Ameryka A.D. 1000. Ziemia, ludzie, legendy Ron Fisher

piątek, 21 czerwca 2013

Kilka słów o kondycji współczesnej literatury

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami nad literaturą ogólnie.
Ostatnio (coraz częściej) irytuje mnie ilość powstającego badziewia. Dziś każdy może być pisarzem - jest  tylko jeden warunek: trzeba nie być analfabetą. I już. Tyle.
Pamiętam, że gdy miałam 10 lat, marzyłam, by w przyszłości zostać pisarką taką jak Agatha Christie. To była (jest i będzie) dla mnie mistrzyni. Kiedyś bycie pisarzem oznaczało prestiż. Trzeba było mieć talent i zostać odkrytym (ewentualnie gnębić wydawnictwo, żeby nas wydało).
Dziś jest zupełnie inaczej. Nie liczy się, że masz talent. Jeśli nie masz znanego nazwiska i wydawnictwo nie chce Cię wydać, nie ma problemu - jest self-publishing. Wykładasz kasę i masz (coraz więcej jest takich wydawnictw). 
Po prostu irytuje mnie, że powstaje multum książek, w których autorzy snują swoje wynurzenia (często bezsensowne i głupie) i nikt nie ma z tym problemu. Dziwię się, że jeszcze ekolodzy nie zaczęli działać na tym polu.
Na tonę papieru potrzebnych jest 17 drzew. Tona to około 200 000 kartek. Przeliczcie sobie sami, ile książek w tym będzie (w zależności od tego jak grubą książkę przyjmiemy). 
Parę dni temu czytałam książkę Macieja Stuhra W krzywym zwierciadle. Jest to zbiór felietonów, które ukazały się na łamach czasopisma Zwierciadło w latach 2009-2013. Rozumiecie, dwa razy drukują to samo! To nie jest jakieś objawienie w świecie literatury. Zwłaszcza, że druga część tej książki, czyli opowiadanie, jest po prostu głupie. Tak przy okazji: mistrzem zarabiania kilka razy na tym samym jest National Geographic. Już tłumaczę: od kilku lat kupuję te małe książeczki Martyny Wojciechowskiej z cyklu Kobieta na krańcu świata. Nie powiem Wam po ilu zakupionych egzemplarzach zorientowałam się, że to samo miałabym w trzech książkach: Kobieta na krańcu świata, Kobieta na krańcu świata 2 i Kobieta na krańcu świata 3.  A teraz w księgarniach są "nowe" Dzieciaki świata i Zwierzaki świata (w tych również są powtórzone rzeczy z ww. książek).
Właśnie mam w ręku Jak zostałem premierem Roberta Górskiego i zastanawiam się, po co trzeba zapychać książkę zapisem skeczów, które są znane i ogólnie dostępne (telewizja powtarza je na okrągło, a i w Internecie można je znaleźć). I nie chodzi o to, że ich nie lubię - wręcz przeciwnie, ale czy nie można zrobić o połowę chudszej książki? 
Myślę, że niektórych autorów/wydawnictwa powinno się po prostu karać. I między innymi po to założyłam ten blog, by uwrażliwić Was na marną literaturę.

Polecam jeszcze lekturę: http://www.e-pity.pl/drzewko_za_1gr/eko_newsy/nowa_strona_56/

Co sądzicie? Które książki uważacie za marnotrawstwo papieru i tym samym drzew?

wtorek, 18 czerwca 2013

"Whitney, którą znałem" BeBe Winans

Nie da się ukryć – książka jest pięknie wydana i cudownie trzyma się ją w ręku. Jednak poza okładką, mamy jeszcze treść… A recenzja to nie jest miejsce, w którym możemy piać peany na cześć okładki.
Nie jestem zagorzałą fanką Whitney. Lubię jej muzykę, jej piękny głos i nawet film Bodyguard, który jest trochę naiwny i babski. Sięgnęłam więc po książkę Whitney, którą znałem, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tej niezwykłej artystce, aby lepiej ją poznać. Może nawet po to, by zrozumieć, co sprawiło, że jej ostatnie lata nie były już pełne glorii.
BeBe Winans, autor tej pozycji, to wieloletni przyjaciel Whitney Houston, który – mam wrażenie – przyjął dwie zasady w trakcie pisania swojej książki. Pierwsza: o zmarłych nie mówimy/piszemy źle. Druga: o przyjaciołach nie mówimy/piszemy źle. I nie chodzi mi o to, że jestem spragniona wieści o „upadku” Whitney. Po prostu, oczekiwałam choć trochę obiektywnej oceny. Momentami mam wręcz wrażenie, że BeBe wykorzystuje przyjaźń z Whitney jako pretekst do pisania o… sobie.
Whitney Houston niewątpliwie była wielką gwiazdą. A jak to z gwiazdami bywa, my – zwykli śmiertelnicy – chcemy je za wszelką cenę poznać i udowodnić sobie, że gwiazdy też mają ludzkie oblicze. I dlatego BeBe Winans stara się nam pokazać Whitney jako osobę pełną ciepła, miłości, ale jednocześnie niezwykle samotną. Jak dla mnie jednak – za mało tu samej Whitney. Dużo w tej książce przemyśleń samego autora o życiu jako takim, o głosie artystki, o Bogu, – czasami jest tego tyle, że zastanawiam się, czy autor pamięta, że pisze o piosenkarce…
W trakcie lektury jednak pomyślałam, że to dobrze, że autor pokazuje Whitney od tej dobrej strony – była miła, uczynna, pomocna. Że chce, żeby nie została zapamiętana tylko przez pryzmat ostatnich lat jej życia, w których się zagubiła. Ludzka pamięć lubi płatać figle i często jest tak, że pamiętamy w dużej mierze to, co złe, a nie dostrzegamy tego, że dobrych chwil było całe mnóstwo. Whitney wypracowała sobie sukces, ale zapłaciła za to zbyt wysoką cenę. Autor postanawia więc pokazać, że nie wolno przekreślać wszystkich wspaniałych osiągnięć artystki tylko dlatego, że wpadła w narkotykowy nałóg. BeBe jednak broni Whitney dość nachalnie. Za mało podaje przykładów, za dużo ogólników. Za dużo wybielania artystki na siłę. Rozumiem doskonale, że nawet po śmierci przyjaciółki chce być wobec niej lojalny – i to się chwali – ale naprawdę wystarczyłoby podać kilka(naście) przykładów ukazujących Whitney jako wspaniałą osobę niż posługiwać się wyszukanymi metaforami i posiłkować się Biblią na każdym kroku. Zbyt wzniośle, zbyt patetycznie, zbyt mało Whitney.
Ciekawą rzeczą natomiast jest to, że w tekście, gdy autor pisze o jakichś występach (szczególnie istotnych), podany jest link do strony, na której są nagrania, których nie znajdziemy na YouTube. Najgorsze jest to, że link ten nie działa. To znaczy – on nie istnieje. I trochę musiałam się naszukać, by znaleźć stronę, na której rzeczone nagrania są (warto się dokopać choćby po to, by posłuchać głosu samego autora).
Ta książka to dowód lojalności wobec przyjaciółki, ale nie zachwyca. Miejscami nad nią przysypiałam, szczególnie, gdy autor wchodził na – tylko sobie wiadome – wynurzenia o Bogu czy łasce bożej. Nie mam nic przeciwko temu, ale chyba tylko BeBe Winans widział jakiekolwiek powiązanie z kontekstem. Takie to wszystko w rodzaju kazania kościelnego. A ja chciałam Whitney, Whitney, Whitney! Nie spekulacje, nie filozoficzne wywody. Whitney! Połowa tej książki to tekst-zapychacz, który niczego nie wnosi. I tylko żal mi drzew, bo pozycja mogła być o tę połowę krótsza.

Jedno jednak jest pewne – wszyscy chcielibyśmy mieć takich przyjaciół, którzy nawet po naszej śmierci, będą stać za nami murem.

sobota, 1 czerwca 2013

Nabytki maja

W maju nie poszalałam z zakupami książkowymi, m.in. dlatego, że odkryłam w bibliotece w moim rodzinnym mieście, że mają cały dział podróżniczy.
Nabyłam za to trochę innej literatury:

  1. Nez Perce Jarosław Wojtczak
  2. Siedzący Byk Robert M. Utley
  3. Encyklopedia plemion Indian Ameryki Północnej Leszek Michalik
  4. 1001 rad dla zdrowia (prezent od znajomej)
  5. Niezwykłe miejsca, niezwykłe krainy (prezent od znajomej)
  6. Paunisi Aleksander Sudak
Kupiłam też stare numery (dwa roczniki) czasopisma "Tawacin" (Pismo Przyjaciół Indian). 
Tak przy okazji, dla tych, którzy chcieliby zgłębiać temat, polecam świetną księgarnię z książkami o tej tematyce: http://tipibooks.home.pl/ a jak nie wiecie, czego szukać, to tu daję link do mojej półki z książkami o rdzennych Amerykanach: http://lubimyczytac.pl/polka/1317788/indianskie/miniatury

Zdjęcia wymienionych wyżej pozycji zamieszczam poniżej. Wybaczcie mi jakość - ja i fotografia nie idziemy ze sobą w parze (może kiedyś zajmę się zgłębianiem tego tematu). Następnym razem bardziej się postaram - obiecuję. Zdjęcia robione w różnym czasie i w różnych miejscach, stąd też ich tak wiele, a nie jedno z wszystkimi pozycjami.
Dwa roczniki czasopisma "Tawacin" i "Nez Perce"




I na koniec to, co przywlekłam z biblioteki:

Tak, wiem, nie robi się zdjęć pod światło. Poprawię się :)


wtorek, 21 maja 2013

"Georgialiki" Katarzyna Pakosińska

Myślałam, że tej książki nie zmęczę.
Czytanie jej było dla mnie istną mordęgą. Autorka od początku sili się na żarty, które w ogóle nie są śmieszne. Do tego ma okropną manierę ciągłego używania słowa "natenczas". Być może wydaje się jej, że dzięki temu jest bardziej elokwentna, ale dla mnie jest to strasznie irytujące.
Książka ta to jedna wielka nuda. Kiepsko prowadzona narracja (o błędach językowych i interpunkcyjnych nawet już nie chce mi się wspominać, bo ostatnio to standard, że w książkach jest mnóstwo błędów, więc już nawet nie mam sił na wypominanie tego...), nie ma tej lekkości, dzięki której lekturę się po prostu połyka. Momentami również wykazuje zdziwienie tak oczywistymi sprawami, że aż zaskakuje czytelnika swą niewiedzą. Bardzo mi w tym przypomina Beatę Pawlikowską. I jeszcze te wydumane (bo na pewno nie wyszukane!) tytuły podrozdzialików. Jedyne, co powodowało, że (z wielkim trudem) dobrnęłam do końca tego dzieła, była chęć poszerzenia wiedzy o Gruzji (a nie o pani Pakosińskiej).
Książka jest podzielona na dwie części. Część pierwsza jest niby to opisem podróży po Gruzji, ale tak naprawdę jest opisem powstawania filmu "Tańcząca z Gruzją" - jeszcze idzie to przeboleć. Hitem natomiast jest część druga, która jest WYIMAGINOWANĄ ucztą gruzińską, na którą autorka zaprosiła znane gruzińskie postacie. I z nimi prowadzi rozmowy o Gruzji - nie wiadomo jednak czy prawdziwe, czy tak samo wyimaginowane. Z każdą postacią rozmawia o jednym i tym samym, często te wypowiedzi są do siebie podobne i ma się wrażenie, że czyta się to wszystko w kółko. Co chwilę powtarza się słowo "gościnność". Widocznie autorka uznała, że czytelnik jest zbyt ograniczony, by zapamiętać, że Gruzini są gościnni. Co więcej, te rozmowy niewiele wnoszą, ponieważ autorka i jej rozmówcy mówią o rzeczach IM znanym. Ktoś, kto nie był w Gruzji, nie zna jej, nie wie o niej zbyt wiele, po prostu nie ma pojęcia czemu ma służyć ta pogawędka, w której co chwilę padają sformułowania w stylu "wiesz, jak tam jest". I jeszcze brakuje zdjęć miejsc, o których mowa. Most Pokoju w Tbilisi musiałam sobie wygooglować, ponieważ autorka nie pokwapiła się o jego zdjęcie. Ale miejsce na "Tradycyjne kolory gruzińskiej mozaiki" - zajmujące całą stronę - się znalazło!
I oczywiście kolejny raz brak mapy! Sam sobie czytelniku przytachaj atlas, bo nie ma na nią miejsca w książce, gdyż trzeba umieścić kilka zdjęć autorki na koniu. Czy wydawnictwa, które mają w swojej ofercie literaturę podróżniczą (często bogatą w zdjęcia) wreszcie pomyślą o umieszczaniu map w publikacjach?! Zwłaszcza, że połowę "Georgialików" wypełniają zdjęcia beznadziejne, a z kolei połowa z tych to reprodukcje gruzińskiego malarza. I tak np. zamiast zdjęcia panoramy Batumi, mamy obraz zatytułowany "Batumi".
Pani Pakosińska wymęczyła mnie okrutnie i w ogóle nie zainteresowała Gruzją! Oczekiwałam czegoś więcej. Lepiej prowadzonej narracji, płynności, humoru (prawdziwego, a nie rodem z "Familiady"), wreszcie - Gruzji! Cóż, książka genialna dla tych, którzy mają problemy ze snem.

sobota, 4 maja 2013

"Meksyk" Jan Gać

Książkę Meksyk Jana Gacia bardzo chciałam przeczytać przede wszystkim ze względu na Indian, o których była mowa w opisie tejże pozycji. Poza tym, bardzo lubię i cenię książki z serii Poznaj świat. I jeszcze zaczynało się tak pięknie:
Blisko dwa miliony kilometrów kwadratowych powierzchni. Dużo ponad sto milionów mieszkańców. Co najmniej trzy tysiące lat dziejów uchwytnych metodami archeologicznymi, z tego pół tysiąca lat historii pisanej. Oto liczbowe ramy Meksyku, w których przychodzi zmieścić się każdemu, kto próbuje choćby dotknąć jego specyfiki. A cóż powiedzieć o okoliczności, gdy ktoś porywa się na opisanie tego niewymownie pięknego i zróżnicowanego kraju? To zuchwałość! (s. 5)
W taki oto sposób przenosimy się w naszą podróż po barwnym Meksyku. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż? Jednak już na samym początku musiałam się zdenerwować. Autor bowiem próbuje wmówić czytelnikom, że hiszpańscy kolonizatorzy w XVI wieku wcale nie byli kolonizatorami. Nie wyjaśnia, kim natomiast mieliby być – może dobrymi ludźmi, którzy nieśli kaganek oświaty, a wraz z nim cywilizacji za ten daleki ocean na dzikie lądy?
Cytuję:
W przypadku XVI-wiecznej Hiszpanii tak nie było. I chcę to mocno podkreślić. Królowie hiszpańscy szczerze pragnęli zbudować w Ameryce nową rzeczywistość na podstawie wzoru własnego, iberyjskiego państwa. (s. 8)
Drogi Autorze, na tym właśnie polega kolonializm – na wtłaczaniu własnych wzorców tam, gdzie nikogo o to nie proszą. Wybicie milionów Indian chyba najlepiej podkreśla istotę hiszpańskiego kolonializmu, chciwości i bezduszności.
Rodzące się i kształtujące państwo miało być lustrzanym odbiciem Starej Hiszpanii ze wszystkimi jej urządzeniami, ustrojem, gospodarką, porządkiem, religią, językiem. (s. 7)
To również są wyznaczniki kolonializmu. Indianie mieli swoje języki i wątpię, by nagle zapałali miłością do nauki hiszpańskiego. Nikt ich o zdanie nie pytał.
Co więcej, dzisiaj mówi się nawet o tym, że my - Polacy, będący pod zaborami, byliśmy kolonią (w najprostszym możliwym odczytywaniu tej sytuacji). Czyż car nie chciał, aby na polskich ziemiach nie było tak samo jak w Rosji? Czyż jego ukazy nie działały także i tu?
Tam, gdzie się narzuca religię, język, obyczaje, gdzie zmusza się autochtonów do posłuszeństwa, a za jego brak karze się śmiercią, to – delikatnie mówiąc – zniewalanie ludzi, podporządkowanie ich sobie i zmuszanie do respektowania tychże nakazów. Jeśli się tego nie widzi, to – łagodnie mówiąc – upraszcza się sprawę. Cierpienia milionów osób zostają puszczone w niepamięć. Cortés w ten sposób zostaje wybielony. Takiej kwestii nie pomija się, nie zbywa się milczeniem, ale też nie fałszuje.
Autor bowiem ubzdurał sobie, że kolonia polega na tym, że jedynie czerpie się z niej zyski, w ogóle w nią nie inwestując. I uparcie ciągle o tym pisze. Gdyby jeszcze choć raz nazwał Hiszpanów najeźdźcami, którzy rozgrabili, co mogli, to jeszcze bym to przełknęła. Ale nie ma nawet mowy o tym. Autor stwierdza, że skoro Hiszpania chciała w Meksyku utworzyć tzw. Nową Hiszpanię, to wszystko jest w porządku. Odniosłam wręcz wrażenie, że autor dziwił się nagłemu zrywowi niepodległościowemu na początku XIX wieku, skoro pod panowaniem Hiszpanów było tak pięknie.
Powołuje się również na przewodnika, który to niby twierdzi, że NIE, wcale Hiszpanie nie kolonizowali. Skąd. Dziwnym trafem jednak przewodnik pozostaje dla czytelnika… anonimowy (str. 134). Nawet nie ma imienia, które dodawałoby wiarygodności. Nie wspominając już o tym, że przewodnik i jego opinia pojawia się w tekście nagle i w zasadzie znikąd.
Cała książka to SZCZEGÓŁOWE opisy ważniejszych kościołów w Meksyku. Nie wiem do kogo autor adresuje te treści, chyba do historyków sztuki, gdyż wyliczanie, co jak wygląda i gdzie się mieści, dla osoby nieznającej się na tym jest to usypiające. Nie ma bowiem wyjaśnień dla laika. Nie ma nawet mapy, na której moglibyśmy zobaczyć, które miejsca odwiedza i opisuje autor. Pozycja zawiera mnóstwo zdjęć (kościołów), więc jedna mapa nie zburzyłaby kompozycji książki. Oczywiście, mogę wziąć atlas i sama sobie to sprawdzić, ale jednak mija się to z celem.
Dla przykładu autor i jego przemyślenia odnośnie Katedry Metropolitarnej:
Po przekroczeniu progu tej imponującej, najbardziej majestatycznej budowli stolicy, człowiek doznaje wrażenia monumentalizmu, odświętności, przestrzeni i ogromu. Przenikają się tu i zazębiają różne wątki: wspólnota społecznego wysiłku przy wznoszeniu budowli, organizacja pracy, ofiarność społeczeństwa przy ponoszeniu kosztów jej budowy, zrozumienie i motywacja dla potrzeb wyższego rzędu, zaangażowanie geniuszu artystów, architektów i budowniczych. (s. 11)
 
Bardzo podoba mi się ten fragment. Ostatnio podobnymi zachwycałam się, gdy pisałam pracę magisterską i analizowałam Listy z podróży do Ameryki Sienkiewicza. On też wszystko widział w jasnych barwach, nie dostrzegał szarości. Mój ulubiony fragment z tego cytatu: zrozumienie i motywacja dla potrzeb wyższego rzędu.
Tworzenie katedry w mieście Azteków zrównanym z ziemią jest właśnie taką potrzebą wyższego rzędu.
Irytujący jest również stosunek autora do samych Azteków. Pisze o tym, jak krwawą mieli oni religię, jak trzeba było temu zapobiec – i jak to świetnie, że padło na Hiszpanów, którzy doprowadzili do zaprzestania tychże praktyk! Ale gdy opisuje palenie żywcem ludzi przez Inkwizycję (a później też na rozkaz Cortésa), jego oburzenie gdzieś wyparowuje. Co więcej, autor każe nam patrzeć na to obiektywnie, bez sensacji i uprzedzeń (…). Instytucja ta mieściła się w potrzebach zachowania praworządności, porządku społecznego i etycznego ówczesnych ludzi (s. 35). Jednak sam nie zadał sobie trudu, by zrozumieć sens i ideę religii Azteków. Jak widać, trudno być obiektywnym, nawet gdy samemu się tego żąda. Autor bardzo docenia również zasługi Cortésa:
Poszedłem tam natychmiast, by zadumać nad losem jednego z największych i najwybitniejszych wodzów wszechczasów, tudzież by pokłonić się pamięci człowieka, którego czyny i dokonania pociągnęły za sobą wiecznotrwałe następstwa. (s. 73)
I dalej:
To, że podbój imperium Azteków dokonał się w miarę sprawnie i stosunkowo szybko, jest również zasługą tego niezwykłego człowieka, jakim był Cortés. (s. 71)
A na stronie 78 przekonuje nas o tym, że Cortés nie był okrutny i nie uciekał się do terroru.
Często jednak używa słowa kolonia, mimo że twierdzi, że takowa nie istniała. W zasadzie autor przeczy sam sobie w wielu miejscach, o których za długo by tu pisać. Są to głównie kwestie dotyczące Indian oraz Hiszpanów.
I tak na stronie 173:  
Przy podziale meksykańskiego terytorium na strefy misyjne dostały się augustianom tereny wyjątkowo trudne i niewdzięczne. Zasiedlający je Indianie, szczególnie dzicy, wojowniczy i ruchliwi Chichimekowie, nie poddawali się procesowi cywilizowania.
Uwielbiam, gdy biały człowiek uważa, że największe dobro, jakie może dać drugiemu człowiekowi, to cywilizowanie go. A w tej książce mamy wiele tego typu stwierdzeń oraz zatrzęsienie słów „pogański” oraz „cywilizować” odmienionych na wszelkie możliwe sposoby.
Z kolei na stronie 278 ubolewa nad czymś zupełnie innym...:
Jaka strata, że ten wspaniały kościół doświadczył tak straszliwego losu celowego wyniszczenia jego zabytków na skutek antyreligijnych praw uchwalonych w połowie XIX wieku, że też każda rewolucja, przykładem francuskiej i bolszewickiej, musi pastwić się nad pomnikami przeszłości, że też każda burza społeczna może wyzwalać tak radykalne odruchy barbarzyństwa!
I nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że większość istniejących dzisiaj kościołów w Meksyku została wybudowana nie tylko na miejscu dawnych świątyń indiańskich, lecz także z ich budulca. Czy jednak autor ubolewa nad tym? Czy przemyka przez jego umysł choćby cień zadumy nad tym? Rzecz jasna – nie.

Książka ta jest idealna dla miłośników sztuki - zwłaszcza sakralnej - którzy interesują się historią tejże. Indianistom nie polecam. Nie warto tracić nerwów.

piątek, 26 kwietnia 2013

Nabytki marca i kwietnia

Oj, dawno nie pisałam, ale już to zmieniam. 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym znów nie kupiła jakichś książek.
W marcu i kwietniu przybyło mi ich aż 13 (dla mnie aż, ale pewnie dla innych książkoholików to zaledwie "tylko"). Co kupiłam? Poniżej spis.

  1. Mity i legendy Indian Ameryki Północnej cz. 1 Richard Erdoes, Alfonso Ortiz
  2. Blondynka na Zanzibarze Beata Pawlikowska (tak, wiem, miałam jej już nie kupować, ale nie mogłam się oprzeć. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że nie było tak źle. Ponieważ już ją dawno przeczytałam, pozwolę sobie zamieścić moją opinię z portalu lubimyczytac.pl: "Ta książka jest jedną z lepszych Beaty Pawlikowskiej. Bardziej skupia się na ważnych informacjach dotyczących Zanzibaru niż na sobie (jak to ma w zwyczaju i uwielbia robić). Jednakże przemyślenia odnośnie życia i szczęścia autorki też tu znajdziemy. Wznosi nas na te swoje niby to filozoficzne wyżyny, tylko po to, by z hukiem uderzyć w brutalną rzeczywistość słowa "zajebiście" (s. 93). Po co więc kolejne filozoficzne wypociny, skoro można to wszystko określić jednym - dla mnie wulgarnym, ujmującym i płytkim - słowem?
    Marka National Geographic zaczyna tracić na wartości."
  3. Za kwietnymi polami Jun'ichi Watanabe
  4. Wciąż mnie prześladują Jennifer Lee Carrell
  5. Piratika Tanith Lee (za całe 4,99 zł; nie ma to jak tanie kupowanie w supermarketach)
  6. Piratika. Kierunek Papuzia Wyspa Tanith Lee (j/w)
  7. Oryginalne i niepowtarzalne imprezy kulturalne Dariusz Jędrzejewski
  8. Hrabia de Saint Germain Isabel Cooper-Oakley (moja wygrana na blogu http://kuferliteracki.blogspot.com)
  9. Czas burzy. Dramat czasu konklawe Antonio Socci [egzemplarz recenzencki]
  10. Australia Martyna Wojciechowska
  11. Japonia (Tokio) Martyna Wojciechowska
  12. Detroit 1763 Aleksander Sudak
  13. Wiecznie żywy Isaac Marion (również moja wygrana)
Książki Wojciechowskiej już dawno przeczytane  (lista jest cały czas aktualizowana w zakładce "2013 - książki"), więc powiem tylko, że tym razem Japonia (Tokio) jest lepsza od Australii. Odrobinę, ale jednak.
Napisałam też recenzję książki Za żelazną kurtyną Carmen Laforet dla portalu Debiutext:
http://debiutext.eu/6266,za-zelazna-kurtyna-carmen-laforet-recenzja.html - powiem tylko, że trochę mnie ta pozycja rozczarowała...

Obecnie pracuję nad recenzją książki Meksyk Jana Gacia. Jestem w połowie, a mam już chyba ze trzy strony A4 recenzji. Niestety nie będzie ona zbyt pochlebna... i dlatego też opublikuję ją tutaj wkrótce.



piątek, 1 marca 2013

Nabytki lutego

Kolejny miesiąc za nami.
W lutym przeczytałam 11 książek (patrz: tutaj). Stosik ten daje łączna wysokość 19 cm.

W lutym przybyło mi 11 nowych książek:


  1. Zamki, pałace, rezydencje Dariusz Jędrzejewski
  2. Wigwamy, rezerwaty, slumsy. Z dziejów Indian w Stanach Zjednoczonych Ewa Nowicka, Izabella Rusinowa
  3. Pozwól, że ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie, jak żyć Jorge Bucay [egzemplarz recenzencki]
  4. Na nieznanych wodach Tim Powers
  5. Słowo pirata Magdalena Starzycka
  6. Bogowie zeszli z Olimpu Anna Świderkówna
  7. Siedem Kleopatr Anna Świderkówna
  8. Adventure. 17 niesamowitych wypraw praca zbiorowa
  9. Meksyk Jan Gać [egzemplarz recenzencki]
  10. Cisza Stefan Czerniecki [egzemplarz recenzencki]
  11. Zagadka komputera sprzed 2000 lat Jo Marchant

W lutym napisałam też recenzję dla portalu DEBIUTEXT:





Fajnie być samcem! Dmitrij Strelnikoff

niedziela, 17 lutego 2013

Saga kryminalna Camilli Läckberg


Parę dni temu dobrnęłam do końca ośmiotomowej sagi kryminalnej Camilli Läckberg. Postanowiłam  więc zbiorczo spisać swoje przemyślenia. Aczkolwiek po przeczytaniu ósmego tomu ogarnęły mnie wątpliwości, czy jest on na pewno ostatnim. Myślę, że będzie ich jeszcze kilka.


  1. W Szwecji strasznie dużo piją kawy. Tak dużo, że gdy czytałam o tym, sama miałam zawał kilka razy. Nieważne, czy bohaterka jest w ciąży czy nie, pije kawę. Dużo kawy. Kawa, kawa, kawa. A ponoć to jest kryminał, a nie książka o sposobach parzenia kawy.
  2. Bohaterowie jedzą strasznie dużo bułeczek cynamonowych, drożdżówek i ciastek. Tak dużo, że postacie, które jednocześnie jadły i rozmawiały (tak, tak) albo tak wolno konwersowały ze sobą, albo tak szybko wcinały rzeczone bułeczki. Läckberg uwielbia w dialogach dodawać opisy, co kto w danej chwili robi. Nie sprawdza jednak kobicina, ile dana czynność trwa. Przez co wygląda to tak, jakby np. podczas półgodzinnej jazdy samochodem, dwie osoby zamieniły ze sobą trzy zdania, które dotyczą jednego tematu, ale każdy mówi jedno zdanie w odstępie 10 minut.
  3. Fjällbacka ma raptem 859 mieszkańców(!), a ludzie mordują się tam częściej niż w Stanach Zjednoczonych. Widocznie główną przyczyną tego, że nie powstał jeszcze tom nr 9 był brak potencjalnych ofiar.
  4. Główna bohaterka Erika - aż sama się sobie dziwię, że dopiero teraz o niej wspominam - jest niezwykle irytująca. Jest lekkomyślna i wścibska, ale wszyscy bohaterowie jak jeden mąż widzą w tym tylko dobre strony. Nie dość, że wtyka ciągle nos w nie swoje sprawy, to jeszcze odnoszę wrażenie, że jest alter ego autorki. Erika bowiem jest pisarką, a o tym jak bardzo trudny jest ten zawód przypomina nam Läckberg w tomie 8.
  5. Dzieci w sadze w zasadzie wychowują się same. A są to dzieci poniżej czwartego roku życia. Same się sobą zajmują, od czasu do czasu tylko płaczą, choć autorka usilnie próbuje nam wmówić, że jest inaczej. Gdy człowiek to czyta, sam odkrywa w sobie uczucia macierzyńskie, bo skoro dzieci są takie spokojne, zwłaszcza, gdy posadzi się je przed telewizorem na kilka godzin, to nic tylko się o nie starać. Dziwne, że jeszcze nie doszło do żadnej tragedii u głównej bohaterki, która zdaje się nie pamiętać o swych pociechach.
  6. To nie jest saga dla kobiet, które są w ciąży lub mają niemowlęta ewentualnie odrobinę trochę starsze dzieci. Mnie samej  trudno było czytać te historie i trochę dziwiło mnie, że kobieta je wymyśliła, ale ja ostatnio często chodzę zdziwiona, więc cóż. 
  7. Policjanci ze spokojem przyjmują do wiadomości, że w ich obecności ktoś do kogoś celuje z pistoletu.
  8. Policjanci, przychodząc do rodziny ofiary, obwieścić o śmierci tejże, ściągają kulturalnie buty, jakby to była najistotniejsza czynność w takiej chwili.
Pewnie jeszcze wiele jest takich usterek, przy których prychałam z niezadowoleniem, ale czytałam tę sagę na przestrzeni półtora roku i te najbardziej zapadły mi w pamięć. Jak widać, moje zastrzeżenia dotyczą głównie części obyczajowej sagi. Kryminalna jest niezła, choć często wtórna. No cóż, nie każdy jest Agathą Christie. Jak dla mnie kryminały nie powinny być sagą. Ten, kto rozwiązuje daną zagadkę (detektyw, policjant, przechodzień - obojętne) może być w wielu powieściach, ale naprawdę mało obchodzi mnie z kim śpi i jaka jest jego ulubiona kanapka (wyjątek: Herkules Poirot).
Spotkałam się z opinią, że każdy następny tom Läckberg jest lepszy od poprzedniego. Jak już wspominałam, niektóre elementy się powtarzają (a co za tym idzie, są przewidywalne), więc raczej powiedziałabym, że jakość jej tomów działa na zasadzie sinusoidy - raz jest lepiej, raz jest gorzej.
Mimo tych wszystkich usterek i moich narzekań, uważam, że czas poświęcony na te książki, nie był stracony.



wtorek, 12 lutego 2013

Tajemnica Westerplatte - przedpremierowo

Miałam dziś okazję zobaczyć przedpremierowo film Tajemnica Westerplatte, który do kin wchodzi w piątek. Postanowiłam podzielić się kilkoma refleksjami na jego temat.
No cóż, zacznijmy od kamerzysty. Od pierwszych scen miałam nieodparte wrażenie, że film jest kręcony co najwyżej smartfonem. Obraz trzęsie się jak ręce chorego na Parkinsona (bez urazy) i w zasadzie nie przestaje przez cały film. Kamerzysta się czai. Czai się jakby sam był w okopie, czasem też wygląda nieśmiało zza filara lub zza drzewa. Ogólnie chyba się czegoś boi. Zachowuje się jakby miał oberwać kulką od Niemców. Ewentualnie jakby jednocześnie kręcił film i strzelał z karabinu. A właściwie robi to wszystko naraz. Nieprzyjemnie ogląda się taki obraz.
Po drugie - obsada. Nadal nie mogę się przyzwyczaić, że w tym kraju mamy tak mało aktorów. Niby szkoły teatralne pękają w szwach, a ciągle te same gęby na ekranie, bo znów ktoś komuś wmówił, że wszyscy Polacy je lubią. Długo starałam się w sercu mym bronić Borysa Szyca i Piotra Adamczyka, których szanuję za parę ról, ale nadszedł czas, żeby przyznali przed samymi sobą, że nie są wszechstronnymi i nie potrafią wszystkiego zagrać. Nie i basta! W tym filmie wygląda to wręcz komicznie. Nie odcinają się od tych swoich serialowych i komediowych ról. Ma się je w pamięci (niestety) i nie idzie ich wyprzeć.
Skoro już nawiązałam do ról serialowych, to fani takich seriali jak Na Wspólnej czy M jak miłość znajdą tu swoich ulubieńców, którzy grają uparcie tą swoją serialową manierą. Nie wiem, po co ich wzięto. Czyżby po znajomości? Przykro ogląda się obraz, gdzie połowa aktorów się stara i naprawdę gra, a druga połowa tylko się wdzięczy (tak, jest to możliwe nawet w takim filmie).
Jednakże mimo tych usterek, uważam, że warto poświęcić czas na ten film. Był bardzo dobrze pokazany pod kątem fabuły (nie oceniam jednak wartości historycznej i nie zamierzam o niej dyskutować, gdyż moja wiedza jest zbyt uboga pod tym względem). Mnie się podobało, zainteresowało i myślę, że będę jeszcze dociekać czy tak - jak zostało to przedstawione tutaj - było naprawdę.

Moja ocena to 6/10

sobota, 2 lutego 2013

Nabytki stycznia

Czas na nabytki stycznia i małe podsumowanie.

Najpierw zacznę od tego, że w styczniu przeczytałam 10 książek (patrz: tutaj). Najlepszą z nich okazała się Agnes Grey Anne Brontë (recenzja). 
Stosik ten daje też łączną wysokość 21,2 cm.

W styczniu przybyło mi 8 nowych książek:
  1. Borneo Martyna Wojciechowska
  2. Etiopia Martyna Wojciechowska
  3. Laboratorium Douglas Preston, Lincoln Child
  4. Za żelazną kurtyną Carmen Laforet [egzemplarz recenzencki]
  5. Fajnie być samcem Dmitrij Strelnikoff [egzemplarz recenzencki]
  6. Wakacje w Nepalu Olga Morawska
  7. Wakacje w RPA Olga Morawska
  8. Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy Stanisław Milewski [egzemplarz recenzencki]






W styczniu napisałam też dwie recenzje dla portalu DEBIUTEXT:





Switch! Christian Bieniek
Agnes Grey Anne Brontë

wtorek, 29 stycznia 2013

"Złodziej pioruna" Rick Riordan


Uwielbiam mitologie. Nie tylko grecką. I doskonale wiem, co to jest fikcja literacka, ale w tej książce autor przeszedł samego siebie. Mitologia w uwspółcześnionej wersji: Olimp w Ameryce, druga wojna światowa jako wojna między dziećmi Zeusa, Posejdona i Hadesa, brak logicznych (o tyle, o ile) wytłumaczeń pewnych pomysłów. Głupota głupotą pogania. Autor sam zapomina o pewnych rzeczach, które z pewnością pomogłyby mu poskładać akcję w logiczną całość. W dodatku - co jest już błędem tłumaczki i korekty - zatrzęsienie błędów stylistycznych. Strach dawać to ludziom to czytania. Miejscami książka jest tak porażająco głupia, że aż śmieszna. I tylko to, że mnie bawiła (choć zapewne nie tam, gdzie zamierzał autor), pozwoliło mi dotrwać do jej końca.

Zaczyna się od tego:

- No cóż, w Grecji jest rzeczywiście góra o nazwie Olimp. A poza tym istnieje siedziba bogów, punkt, w którym zbiegają się ich moce, i kiedyś znajdował się on rzeczywiście na Olimpie. Ludzie wciąż nazywają to miejsce Olimpem z szacunku dla dawnych czasów, ale pałac przemieszcza się, Percy, razem z bogami.

- To znaczy, że greccy bogowie są teraz tutaj? Znaczy... w Ameryce?
- Niewątpliwie. Bogowie przemieszczają się za sercem Zachodu.
- Za czym?
- Za tym, Percy, co nazywamy <<zachodnią cywilizacją>>. (...)

i dalej:

Jakieś sześćdziesiąt lat temu, po drugiej wojnie światowej, bogowie Wielkiej Trójki postanowili, że nie będą płodzić więcej herosów. Ich dzieci były po prostu zbyt potężne. Zanadto wpływały na wydarzenia w świecie ludzkim, powodowały zbyt wiele zamieszania. Wiesz, druga wojna właściwie była konfliktem między dziećmi Zeusa i Posejdona po jednej stronie a Hadesa po drugiej.

Nawet nie można powiedzieć, że to wiele wyjaśnia. Autor najwyraźniej upadł na głowę, bo skoro - dziwnym trafem - dzieci bogów mieszkają w Ameryce, to oznaczałoby również, że II wojna światowa też była tylko tam. Europa? Jaka Europa?

Bzdur ciąg dalszy. Autor po prostu się uparł jak opętany. Annabeth, córka Ateny (bo gdzieżby główny bohater dostał idiotkę do pomocy), tłumaczy głównemu bohaterowi, dlaczego nie cierpi pająków:

Dzieci Arachne mszczą się od tej pory na dzieciach Ateny. Jeśli w odległości półtora kilometra ode mnie znajduje się jakiś pająk, to z pewnością mnie znajdzie.

Mam wrażenie, że mszczą się też na autorze, być może sączą mu jad do mózgu, bo choć bardzo piękne jest to wyznanie, autor zapomniał, że nastoletnia Annabeth od siódmego roku życia mieszka w Obozie Herosów umieszczonym w pobliżu lasu, jeziora i na dodatek jest lato.
Na pewno jest to magiczne miejsce, w którym nie ma pająków, skoro nasza mała bohaterka wciąż żyje.

Rick Riordan postanowił jednak gnębić nas dalej swoim pisarskim bełkotem, który pewnie ktoś kiedyś z sarkazmem nazwał talentem, a on tego nie zauważył i uwierzył.
Pan Umarłych miał we wzroku coś, co przypominało mi widziane niegdyś portrety Napoleona, Hitlera i tych przywódców-terrorystów, którzy nakazują innym wysadzić się w powietrze.

Naprawdę, zupełnie nie mam pojęcia, kto tu się powinien wysadzić. Hm, hm, hm. 
Pan Umarłych widocznie sugeruje, że właśnie to czytelnik powinien zrobić, jeśli jeszcze do tej pory postanowił się z tym zamiarem wstrzymywać. Choć zapewne cień podziwu dla wytrwałych czytających też się w jego oczach znajdował. Hades najwyraźniej cierpiał w swym królestwie, nie z powodu władania podziemiami, ale dlatego, że w rozmowie z Percym wysławia się jak pensjonariusz ośrodka dla nerwowo chorych. W dodatku stawianie Napoleona obok Hitlera jest typową dla Amerykanów ignorancją. Co jak co, ale Napoleona nie nazwałabym zbrodniarzem, a już na pewno nie zestawiłabym go z Hitlerem. Czego jednak wymagamy od człowieka, który wmawia nam, że Olimp mieści się na 600 piętrze Empire State Building. 

Percy do Hadesa, którego widzi po raz pierwszy w swoim życiu, do Pana Śmierci, zwraca się nie inaczej jak:

"Panie i Wuju (...)" 

Jeśli już, to Stryju (w końcu to brat ojca), poza tym - dlaczego wielką literą? Dlaczego to brzmi tak idiotycznie? Dlaczego od razu nie "wujku, kopę lat!"?
Czy autor sam siebie parodiuje? Czy autor tak na poważnie? Tyle pytań! Tyle wątpliwości! 
Co więcej, przed rozdziałem pierwszym autor umieścił podziękowanie. Teraz jest taka moda, wszyscy dziękują, jakby nie wiadomo czego takiego dokonali. Najbardziej interesuje mnie, kim są wydawcy, którym takie bezsensowne treści się podobają, ale na razie wróćmy do podziękowań autora.
Jak już wspomniałam, dziękuje on na początku książki jakimś ludziom i bynajmniej nie dziękuje on tym biednym naiwnym, którzy wydali 34,90 zł, aby poczytać te głupoty. Dziękuje on tym, którzy mogli nie dopuścić, by to "dzieło" powstało, ale nie wykorzystali swojej szansy.

W dodatku na niekorzyść przemawia też to, że podobieństw do Harry'ego Pottera jest mnóstwo. Percy jednak jest bardziej irytujący. Jest tak sprytny, że bez problemu potrafi wykiwać potwory mające trzy tysiące lat, które po prostu są idiotami, skoro dwunastolatek potrafi je przechytrzyć w naprawdę dziecinny sposób.

Idiotami najwyraźniej - według autora - są też czytelnicy :

Persefona przebywała oczywiście w słonecznym świecie wraz ze swoją matką, bogini plonów Demeter. To jej obecność, a nie obrót planety, wpływa na pory roku.

Czujecie w jakim my kłamstwie żyjemy? Ruch planety miałby wpływać na pory roku?! Dobre sobie!

Wprawdzie na pierwszej stronie historii Percy nas - biednych czytelników - ostrzegał:

Ale jeśli rozpoznasz się na jej [książki] kartach - jeśli poczujesz, że jej słowa coś w tobie poruszyły (oj, poruszyły, poruszyły) - natychmiast ją odłóż (przyznaję, nie posłuchałam). Możesz być jednym z nas.

Nie, nie sądzę. Jakoś bardziej ufam nauce, jeśli chodzi o pory roku niż zbzikowanemu autorowi, który wierzy w bogów greckich i który miesza łacinę z greką.


Naprawdę lepiej by było, gdyby niektóre kwestie zostały po prostu przemilczane. Jednak autor wpadł już w trans i napisał jeszcze dalsze tomy, bazując na mitologii greckiej. Obawiam się, że masochistycznie sięgnę po nie, aby w perwersyjny sposób delektować się tymi głupotami.
Nadal bowiem nie mogę się nadziwić, że ktoś nie tylko je wymyślił, lecz także spisał i opublikował.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...