Wszystkie teksty zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa. Nie zezwalam na ich kopiowanie i wykorzystywanie osobom postronnym bez mojej uprzedniej pisemnej zgody.

poniedziałek, 14 października 2013

"Jeździec znikąd"

Obejrzałam wczoraj najnowszy film z Johnnym Deppem Jeździec znikąd i postanowiłam podzielić się moimi refleksjami, bo od wczoraj jestem na ten film wściekła. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zwiastun tego dzieła, wiedziałam, że nie będzie mi się podobać, ale skoro Indianin był jedną z głównych postaci, to oczywiście musiałam to obejrzeć. Pokazywanie Indian przez amerykańskich twórców jest tak tendencyjne i niesprawiedliwe, że przyprawia mnie o ból głowy (i rdzennych Amerykanów również) już od dawien dawna. Nawet sam Marlon Brando nie przyjął z tego powodu Oscara za Ojca chrzestnego. Wydawałoby się jednak, że świat idzie do przodu, więc i to również powinno się zmieniać. Niestety tak nie jest.
Jeździec znikąd to koszmarek, w którym naczelni obrońcy tego dzieła, doszukują się nawiązań do klasyki westernu i wielu innych rzeczy, których tu nie ma. Wychwalają go pod niebiosa i porównują z Piratami z Karaibów. Bo film ten miał być na ich miarę, ale Piraci... i bawili, i trzymali w napięciu, i przede wszystkim pokazali nam Johnny'ego Deppa, którego wszyscy pokochali. Natomiast Jeździec... to takie nie wiadomo co. Niby ma być dla dzieci, ale sporo tu przemocy, niby ma być śmiesznie, ale teksty są żenujące, niby ma być jakieś przesłanie, ale jest ono tak głęboko ukryte, że chyba nawet twórcy tego dzieła do niego nie dotarli. Może więc film miał być dla dorosłych? Zbyt głupi. Poziom trzymają tu jedynie kowboje, a zwłaszcza bandyci i ich szef oraz Indianie, ale nie ten grany przez Johnny'ego Deppa. Depp nadal ma swoją manierę, której od czasów Jacka Sparrowa nie potrafi się wyzbyć. Brakuje mu tylko butelki rumu. Armie Hammer jest nijaki, po prostu jego postać nie jest logicznie pomyślana. W ogóle na cały film nie ma tu pomysłu, za to jest jeden cel - kasa, którą trzeba szybko zarobić. 
Jednak to, co MNIE najbardziej boli, to sposób przedstawienia Indian - o czym wspominałam na początku. Twórcy zrobili z nich po prostu idiotów. Dwie sceny są warte uwagi w tym filmie. Pierwsza, to taniec Komanczów (z których pochodzi Tonto, grany przez Deppa), a druga - wybicie ich w pień. Jest to scena, która wyciska łzy, ALE... robi z Indian kretynów, którzy nie planują swoich ataków, tylko lecą na oślep na wojsko amerykańskie (a Indianie tak nie robili, walczyli dzielnie, ale z głową!), a na dodatek zaraz po tej scenie mamy jakąś głupawą następną, która ma nas śmieszyć. Historia Stanów Zjednoczonych (ale i całego amerykańskiego kontynentu zarówno północnego, jak i południowego) jest niezwykle krwawa, okropna, dramatyczna i smutna, a Indianie cały czas o tym pamiętają i wcale im do śmiechu nie jest. To, co sprawdziło się w Piratach... tu całkowicie nie pasuje. A ja czekam na film, który wreszcie pokaże prawdę, a nie tylko wpisze się w "dobre kino". Tu tego jednak nie uświadczymy. Sam Tonto też jest trochę wariatem, trochę idiotą, trochę kowbojem, a ja nie wiem zupełnie, co to ma znaczyć. Na dodatek mamy tu Helenę Bonham Carter, która jest wszędzie tam, gdzie Depp. Aż dziwne, że to nie Johnny grał Jerzego VI w Jak zostać królem. Z Heleną mam z kolei taki problem, że raz jest genialna, a raz jest na siłę gdzieś wepchnięta. I tu mamy do czynienia z tym drugim, rolę ma bowiem z czapy. Nagle do tego niby to westernu wkracza nam Bardzo dziki zachód pod postacią Heleny, która pojawia się ze dwa razy na ekranie, ale w supergłupich scenach. A cała żenada trwa dwie i pół godziny, które mijają bardzo powoli. Film przyśpiesza z akcją w jakichś ostatnich 15 minutach, bo wcześniej, poza tymi wszystkimi wadami, jest najzwyczajniej w świecie nudny. Pozostaje mi jedynie wierzyć, że Johnny Depp dotrzyma słowa i kupi oraz odda rdzennym Amerykanom Wounded Knee, bo tylko to może pozwolić wymazać z pamięci Tonto, który był kpiną, a nie prawdziwym Indianinem.

Ocena: 1


A tu filmik, w którym Marlon Brando NIE przyjmuje Oscara:


poniedziałek, 7 października 2013

Filmy obejrzane we wrześniu

Postanowiłam krótko napisać o filmach, które obejrzałam we wrześniu. Ot, kilka przemyśleń.

World War Z - kiedy zobaczyłam zwiastun tego filmu, nie mogłam przestać się śmiać. Był taki kiczowaty, taki "nie wiadomo o co chodzi, ale jest Brad Pitt". I głównie dlatego chciałam obejrzeć ten film, żeby najzwyczajniej w świecie się z niego ponabijać. Cóż... nie cierpię wszelkich zombiaków, a tu się od nich roi (bo nie wiem czemu wcześniej to do mnie nie docierało, mimo że doskonale o tym wiedziałam). I jest straszno - przynajmniej dla mnie, bo bać się nie lubię i wszelkie horrory omijam. Ale jest też kilka sporych niedociągnięć, dzięki którym nerwowo chichotałam, odliczając jednocześnie minuty do końca. Dla mnie to film 6/10. A tym, którzy oglądnęli i mają mieszane uczucia (lub też nie ich nie mają, ale chcą się pośmiać), polecam "Szczery zwiastun World War Z":





Diana - brytyjska rodzina królewska ma tę charakterystyczną cechę, że lubi robić wokół siebie dużo szumu. Nie śledzę za bardzo ich poczynań, raczej wiem o nich tyle, ile wpadnie mi w ucho. Ale Diana to film, który chciałam zobaczyć i który niestety mnie zawiódł. Przede wszystkim za dużo patosu. Nie ma Karola, nie ma królowej. Mamy nieszczęśliwą Dianę i jej miłość. Sama historia ogólnie mnie zaciekawiła, bo - jak się okazało - pewnych rzeczy nie wiedziałam, ale sposób jej przedstawienia jest za bardzo dramatyczny. Dla mnie 5/10. I pewnie Naomi Watts dostanie za tę rolę nominację do Oscara, ale miejmy nadzieję, że statuetki nie otrzyma, bo nie zasłużyła.




R.I.P.D. Agenci z zaświatów - oczywiście najpierw obejrzałam zwiastun, ale na szczęście zapomniałam o tym, co w nim zobaczyłam. Według mnie jest w nim spoiler, który potem odbiera przyjemność oglądania tego filmu, więc chyba w tym przypadku lepiej pominąć zwiastun... Jest w tym filmie pewna wtórność (ale dziś już bardzo trudno o coś w pełni pionierskiego) i można doszukiwać się pewnych podobieństwo do Facetów w czerni, ale mnie fabuła tak wciągnęła, że nie zwracałam na to zbyt dużej uwagi. Pośmiałam się, nie patrzyłam na zegarek, ile jeszcze zostało do końca, jest śmiesznie, jest akcja  i dlatego daję 8/10.




Bling Ring (2013) - film, którego reklama opierała się na Emmie Watson. Nie jestem wielką fanką Emmy, ale nie można powiedzieć, żeby źle się ją oglądało. Postanowiłam więc zobaczyć film tej wielkiej Sofii Coppoli z naszą małą Hermioną (która robi wiele, by ta łatka się od niej odczepiła). Po pierwsze zdziwiło mnie to, że Emma nie gra głównej roli. Pojawia się w kilku scenach, ale nie są to sceny, które byłyby kwintesencją filmu. Skoro nie gra głównej roli, to niefajnie tak nią reklamować film. Trochę czuję się oszukana. Po drugie liczyłam na jakieś mocne sceny. W końcu to nastolatki, które włamują się do willi gwiazd i w zasadzie robią, co chcą. Fakt, trochę rozrabiają, ale dosłownie jedna scena nam to pokazuje w bardzo mocny sposób, po czym... wszystko wraca do normy, czyli do NUDY. Bo ten film to jedna wielka nuda. Zero emocji u widza, chyba że emocjami nazwiemy podtrzymywanie sobie powiek, żeby nie zasnąć. Poza tym, sama realizacja to całkowita beznadzieja. Rozmowy w toku mają lepiej przemyślany scenariusz odcinka niż to, co się wyrabia w tym filmie. Do tego okropna "młodzieżowa" muzyka. Dla mnie 4/10. Nawet Emma nie ratuje tego filmu i gra trochę na poziomie Hermiony. Może dlatego dostała tę rolę, by znów być przemądrzałą bohaterką. Szkoda, oczekiwałam czegoś naprawdę super. Doszły mnie jednak słuchy, że wersja z roku 2011 jest o wiele lepsza. Trzeba będzie sprawdzić.


Last Minute - nasz polski film, który jak zwykle reklamowany był jako komedia. Ale u nas to i Jak zostać królem reklamowano jako megaśmieszną komedię (film genialny, ale od razu komedia? Bez przesady). Wciąż nie tracę wiary w polskich twórców, że zrobią jeszcze kiedyś komedię na miarę Kilera i chyba jedynie dlatego oglądam jeszcze te nowe dzieła. Od razu przyznaję, że ten film to dla mnie 7/10. Jest to opowieść o rodzinie, która leci do Egiptu na wakacje i o tym, jak te "cudowne" wakacje wyglądają. Widziałam dużo negatywnych opinii o tym filmie, które chyba świadczą o braku dystansu widza do siebie. Nie jest to zwykła komedia, w której śmiejemy się co pięć minut. Jest tu też pewna historia, która wcale śmieszna nie jest. Ale przede wszystkim są tu upchane wszystkie przywary Polaków na wakacjach. I to tak bardzo boli. Rzecz jasna, nie wszyscy się tak zachowują, ale zapewne coś jest na rzeczy. Oczywiście film nie jest perfekcyjny, czasem trochę za bardzo wydumany, ale mnie wciągnął i patrzyłam z przymrużeniem oka na jego niedobory. Moim zdaniem warto obejrzeć, bo wciąga, śmieszy i nie razi wulgaryzmami, bo po prostu ich nie ma.

sobota, 5 października 2013

"Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu" Karolina Korwin-Piotrowska

Nie było mnie dość długo... Ech, zrobiłam sobie studenckie wakacje, choć studentką już nie jestem. Postaram się jednak nadrobić "zaległości" i wziąć się ostro za blog. Nie obijać się. I dlatego zamiast zdjęć stosików, serwuję Wam kilka(naście/dziesiąt) słów o pewnej książce. A stosiki muszę ogarnąć, bo się obijam i nie mogę ich okiełznać...
***
Wreszcie wpadła w moje ręce. Czekałam w kolejce w bibliotece parę ładnych miesięcy, żeby wreszcie dowiedzieć się, co to za "bomba". 
Nie jestem fanką Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Nie rozumiem jej fenomenu. Mignęła mi raz w programie Na językach i akurat zaciekawiło mnie to, co tam mówiła. Kojarzę ją sprzed wielu lat, ale raczej mój stosunek do tej pani był chłodny, a może nawet obojętny. Teraz jest kolejną osobą, która wzięła się za pisanie książek. Tak, książek, ponieważ na okładce wyraźnie widnieje, że "następna jej książka będzie filmową autobiografią".
Mam mieszane uczucia, co do tego "dzieła". Po pierwsze, nie wiem w jakim celu powstało. Cały wstęp jest tak rozdmuchany, jakby to, co po nim miało nastąpić, miało być naprawdę CZYMŚ. Czymś, co nas powali, zmiecie z powierzchni i ogólnie będzie MEGA. (Oj, chyba udziela mi się styl autorki Bomby).
Po drugie, nie jestem pewna, czego oczekiwałam od tej książki. Na pewno czegoś innego i lepszego.
Drażni mnie przede wszystkim to, że wiele rzeczy Piotrowska krytykuje u osób, których wyraźnie nie lubi, ale te same rzeczy chwali u tych, których darzy sympatią. U jednych botoks jest super, u drugich świadczy o braku mózgu. I to jest największa wada tej książki. Poza tym, autorka wrzuca wszystkich do jednego wora - twierdzi, że wszyscy kochamy disco polo i Kożuchowską i że jeśli ktoś kupuje czyjeś płyty lub ma miliony wejść na YouTube, to znaczy, że ludzie go kochają. Obawiam się, że niezupełnie tak to funkcjonuje, choć takie postrzeganie jest zaiste kreowane w mediach. Bestseller = wybitność. Kilka filmów, które ona uznaje za świetne - dla mnie są koszmarne, a te, które ona uważa za dno - ja z kolei traktuje jako nawet niezłe. Cóż, kwestia gustu, ale nie lubię, kiedy coś mi się wmawia. Oczywiście w kilku kwestiach zgadzamy się i nawet autorka mądrze pisze, ale są momenty, w których całkowicie bredzi lub spuszcza z tonu, żeby nie urazić kogoś, kogo lubi i zna. Widać to bardzo wyraźnie. A przecież miała to być ta tytułowa bomba! Po przeczytaniu tej książki dowiadujemy się również, że w Polsce mamy tylu zdolnych ludzi z branży aktorskiej, że aż dziwne, że Oscary się nie sypią i karier za wielką wodą też nie ma. Piotrowska dziwne ma też pojęcie o muzyce - zwłaszcza popowej. Wszyscy tacy zdolni, piękni i młodzi. I ciągle padają sformułowania typu: "gdyby X urodził/a się w Ameryce..." lub "gdyby to był amerykański film". No cóż, nie jest. A już jej stwierdzenie, że Jim Carrey (który w druku widnieje ciągle jako Carey) mógłby Tomaszowi Kotowi czyścić buty, bo ten drugi tak genialnie zagrał w To nie tak jak myślisz, kotku - wywołało u mnie ból głowy.
To jedna z tych książek, którą każdy z nas mógłby napisać (a dokładniej - wystukać na klawiaturze komputera, którego reklama widnieje na ostatniej stronie "Książka została napisana na komputerze..." - s.324). Nie ma tu niczego odkrywczego (jedynie dowiedziałam się, że Szymon Majewski ma teraz swój program w Internecie). Kadzenie tym, których się lubi oraz wbijanie szpilek tym, którzy już tacy fajni nie są - to kwintesencja tej pozycji. Podoba mi się, gdy pisze o agentach i stylistkach, bo wtedy pisze o grupie ludzi, a nie o kimś konkretnym, i może być obiektywna. Niektóre jej spostrzeżenia są celne, niektórych wręcz brak. 
I trochę śmieszy mnie też takie obsmarowywanie światka, w którym sama autorka jest i od którego - czy tego chce, czy nie - jest zależna.

sobota, 20 lipca 2013

Na tropie Marsupilami

Uwielbiam kino francuskie. Zwłaszcza komedie. Uważam, że francuscy aktorzy grają tak swobodnie i naturalnie, że w zasadzie granica między graniem a rzeczywistością zaciera się.

W zeszłym roku do kin wszedł francuski film Na tropie Marsupilami. Nie wiem, czy w Polsce w ogóle jest znana postać Marsupilami, mnie niewyraźnie majaczyła z odległej przeszłości. Gdzieś to kiedyś widziałam. Co więcej, za reżyserię tego filmu zabrał się Alain Chabat, którego bardzo lubię. Wcześniej kręcił Asterix i Obelix. Misja Kleopatra i grał tam Cezara - uwielbiam. To wszystko sprawiło, że MUSIAŁAM obejrzeć ten najnowszy film.
Zanim jednak wybrałam się do kina, film już dawno przestał być wyświetlany. I dopiero teraz niedawno nadarzyła mi się okazja, żeby go obejrzeć.

1. Dobrze, że nie byłam na tym w kinie.
2. Dobrze, że oglądałam ten film sama, a nie w towarzystwie któregoś z moich siostrzeńców (film widnieje jako familijny).
Przede wszystkim ten film (TO COŚ) jest przeraźliwie nudny. Akcja - a w zasadzie jej brak - nie może się rozkręcić. Po prostu momentami przysypiałam lub wpadałam w odrętwienie. Żarty były nieśmieszne i głupawe. Wszystko było głupawe.
Ale nie to było najgorsze.
Najgorsza była jedna scena, którą muszę Wam zdradzić, żebyście mieli wyobrażenie o tym, dlaczego ten film nie nadaje się do oglądania z dziećmi (choć doszły mnie słuchy, że telewizja tę scenę wycięła). Mianowicie dwóch głównych bohaterów zostaje zakopanych w ziemi po szyje. Wystają im tylko głowy. I nagle nie wiadomo skąd pojawia się mały pies (podobny do Idefiksa), który postanawia sobie pokopulować z jedną z tych głów. Obrzydliwe. A ta scena trwa, trwa i trwa i zdaje się nie mieć końca.
Oceniam ten film na 2/10, bo tak 20 minut przed końcem (czas trwania 1h 45 min) nawet zaczęłam się śmiać. Być może było to spowodowane tym, że jednak usilnie pragnęłam się na tej KOMEDII pośmiać, a przez ponad godzinę nie było okazji. Możliwe, że było to wymuszone i dość histeryczne. 
Teraz, gdy zobaczę, że Alain Chabat się za coś zabrał, zastanowię się dwa razy, czy to w ogóle oglądać.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Nabytki czerwca

W czerwcu poszalałam z księgami.
Zacznę od tego, co przeczytałam (12 książek):


Kilka słów o niektórych pozycjach:

Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy to książka, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Jest dużo lepsza od Bridget Jones, której jedynymi problemami byli faceci i wybór majtek na randkę. Tu mamy zalążek romansowy (bo romansem trudno to nazwać jak na razie), humor i wątek kryminalny. Dla mnie idealnie. Dlatego oczywiście już mam drugą część do pochłonięcia. 8/10
Cisza Stefana Czernieckiego to również pozytywne zaskoczenie. Moja entuzjastyczna recenzja znajduje się TUTAJ 8/10
O Whitney, którą znałem już pisałam na blogu, ale gdyby jeszcze ktoś chciał przeczytać, to jest TUTAJ 3/10
Podróże z dreszczykiem to bardzo ciekawa książka (zwłaszcza dla miłośników duchów, niewyjaśnionych zjawisk itp.), którą warto przeczytać. Mnie się podobała, chociaż kilka stwierdzeń (teoretycznie neutralnych) dotyczących Indian nie przypadło mi do gustu. Ta pozycja to takie skondensowane informacje, które powodują, że chce się więcej. Ale tego "więcej" trzeba dalej szukać na własną rękę. 7/10

W czerwcu przybyło mi 21 książek.

Egzemplarze recenzenckie:

1. 7 najciekawszych propozycji na urlop w mieście Dariusz Jędrzejewski
2. 15 rowerowych krain na aktywny urlop Dariusz Jędrzejewski
3. Tajlandia Phil Macdonald, Carl Parkes
4. Yggdrasil. Struny czasu Radosław Lewandowski
5. Joachim Grażyna Hanaf
6. Dżungla miasta Jacek Pałkiewicz
7. Whitney, którą znałem BeBe Winans
8. Wspaniałe podróże na każdą kieszeń Tadeusz Chudecki
9. Podróże z dreszczykiem Piotr Małyszko


Zakupy w Weltbildzie (przeceniali z 70 zł na 20 zł!):



10. Mitologia grecka i rzymska Katarzyna Marciniak
11. Eposy świata Karina Jarzyńska
12. Mitologia japońska Agnieszka Kozyra
13. Wielcy władcy starożytności Rafał Idzik



I inne:

14. Sand Creek 1864 Jarosław Wojtczak
15. Po drugie dla kasy Janet Evanovich
16. Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy Janet Evanovich
17. Zbrodnie roślin Amy Stewart
18. Bitwa pod Hastings Christopher Gravett
19. Pierwsza krucjata David Nicolle
20. Indianie. Życie, legendy i sztuka Larry J. Zimmerman
21. Ameryka A.D. 1000. Ziemia, ludzie, legendy Ron Fisher

piątek, 21 czerwca 2013

Kilka słów o kondycji współczesnej literatury

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami nad literaturą ogólnie.
Ostatnio (coraz częściej) irytuje mnie ilość powstającego badziewia. Dziś każdy może być pisarzem - jest  tylko jeden warunek: trzeba nie być analfabetą. I już. Tyle.
Pamiętam, że gdy miałam 10 lat, marzyłam, by w przyszłości zostać pisarką taką jak Agatha Christie. To była (jest i będzie) dla mnie mistrzyni. Kiedyś bycie pisarzem oznaczało prestiż. Trzeba było mieć talent i zostać odkrytym (ewentualnie gnębić wydawnictwo, żeby nas wydało).
Dziś jest zupełnie inaczej. Nie liczy się, że masz talent. Jeśli nie masz znanego nazwiska i wydawnictwo nie chce Cię wydać, nie ma problemu - jest self-publishing. Wykładasz kasę i masz (coraz więcej jest takich wydawnictw). 
Po prostu irytuje mnie, że powstaje multum książek, w których autorzy snują swoje wynurzenia (często bezsensowne i głupie) i nikt nie ma z tym problemu. Dziwię się, że jeszcze ekolodzy nie zaczęli działać na tym polu.
Na tonę papieru potrzebnych jest 17 drzew. Tona to około 200 000 kartek. Przeliczcie sobie sami, ile książek w tym będzie (w zależności od tego jak grubą książkę przyjmiemy). 
Parę dni temu czytałam książkę Macieja Stuhra W krzywym zwierciadle. Jest to zbiór felietonów, które ukazały się na łamach czasopisma Zwierciadło w latach 2009-2013. Rozumiecie, dwa razy drukują to samo! To nie jest jakieś objawienie w świecie literatury. Zwłaszcza, że druga część tej książki, czyli opowiadanie, jest po prostu głupie. Tak przy okazji: mistrzem zarabiania kilka razy na tym samym jest National Geographic. Już tłumaczę: od kilku lat kupuję te małe książeczki Martyny Wojciechowskiej z cyklu Kobieta na krańcu świata. Nie powiem Wam po ilu zakupionych egzemplarzach zorientowałam się, że to samo miałabym w trzech książkach: Kobieta na krańcu świata, Kobieta na krańcu świata 2 i Kobieta na krańcu świata 3.  A teraz w księgarniach są "nowe" Dzieciaki świata i Zwierzaki świata (w tych również są powtórzone rzeczy z ww. książek).
Właśnie mam w ręku Jak zostałem premierem Roberta Górskiego i zastanawiam się, po co trzeba zapychać książkę zapisem skeczów, które są znane i ogólnie dostępne (telewizja powtarza je na okrągło, a i w Internecie można je znaleźć). I nie chodzi o to, że ich nie lubię - wręcz przeciwnie, ale czy nie można zrobić o połowę chudszej książki? 
Myślę, że niektórych autorów/wydawnictwa powinno się po prostu karać. I między innymi po to założyłam ten blog, by uwrażliwić Was na marną literaturę.

Polecam jeszcze lekturę: http://www.e-pity.pl/drzewko_za_1gr/eko_newsy/nowa_strona_56/

Co sądzicie? Które książki uważacie za marnotrawstwo papieru i tym samym drzew?

wtorek, 18 czerwca 2013

"Whitney, którą znałem" BeBe Winans

Nie da się ukryć – książka jest pięknie wydana i cudownie trzyma się ją w ręku. Jednak poza okładką, mamy jeszcze treść… A recenzja to nie jest miejsce, w którym możemy piać peany na cześć okładki.
Nie jestem zagorzałą fanką Whitney. Lubię jej muzykę, jej piękny głos i nawet film Bodyguard, który jest trochę naiwny i babski. Sięgnęłam więc po książkę Whitney, którą znałem, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tej niezwykłej artystce, aby lepiej ją poznać. Może nawet po to, by zrozumieć, co sprawiło, że jej ostatnie lata nie były już pełne glorii.
BeBe Winans, autor tej pozycji, to wieloletni przyjaciel Whitney Houston, który – mam wrażenie – przyjął dwie zasady w trakcie pisania swojej książki. Pierwsza: o zmarłych nie mówimy/piszemy źle. Druga: o przyjaciołach nie mówimy/piszemy źle. I nie chodzi mi o to, że jestem spragniona wieści o „upadku” Whitney. Po prostu, oczekiwałam choć trochę obiektywnej oceny. Momentami mam wręcz wrażenie, że BeBe wykorzystuje przyjaźń z Whitney jako pretekst do pisania o… sobie.
Whitney Houston niewątpliwie była wielką gwiazdą. A jak to z gwiazdami bywa, my – zwykli śmiertelnicy – chcemy je za wszelką cenę poznać i udowodnić sobie, że gwiazdy też mają ludzkie oblicze. I dlatego BeBe Winans stara się nam pokazać Whitney jako osobę pełną ciepła, miłości, ale jednocześnie niezwykle samotną. Jak dla mnie jednak – za mało tu samej Whitney. Dużo w tej książce przemyśleń samego autora o życiu jako takim, o głosie artystki, o Bogu, – czasami jest tego tyle, że zastanawiam się, czy autor pamięta, że pisze o piosenkarce…
W trakcie lektury jednak pomyślałam, że to dobrze, że autor pokazuje Whitney od tej dobrej strony – była miła, uczynna, pomocna. Że chce, żeby nie została zapamiętana tylko przez pryzmat ostatnich lat jej życia, w których się zagubiła. Ludzka pamięć lubi płatać figle i często jest tak, że pamiętamy w dużej mierze to, co złe, a nie dostrzegamy tego, że dobrych chwil było całe mnóstwo. Whitney wypracowała sobie sukces, ale zapłaciła za to zbyt wysoką cenę. Autor postanawia więc pokazać, że nie wolno przekreślać wszystkich wspaniałych osiągnięć artystki tylko dlatego, że wpadła w narkotykowy nałóg. BeBe jednak broni Whitney dość nachalnie. Za mało podaje przykładów, za dużo ogólników. Za dużo wybielania artystki na siłę. Rozumiem doskonale, że nawet po śmierci przyjaciółki chce być wobec niej lojalny – i to się chwali – ale naprawdę wystarczyłoby podać kilka(naście) przykładów ukazujących Whitney jako wspaniałą osobę niż posługiwać się wyszukanymi metaforami i posiłkować się Biblią na każdym kroku. Zbyt wzniośle, zbyt patetycznie, zbyt mało Whitney.
Ciekawą rzeczą natomiast jest to, że w tekście, gdy autor pisze o jakichś występach (szczególnie istotnych), podany jest link do strony, na której są nagrania, których nie znajdziemy na YouTube. Najgorsze jest to, że link ten nie działa. To znaczy – on nie istnieje. I trochę musiałam się naszukać, by znaleźć stronę, na której rzeczone nagrania są (warto się dokopać choćby po to, by posłuchać głosu samego autora).
Ta książka to dowód lojalności wobec przyjaciółki, ale nie zachwyca. Miejscami nad nią przysypiałam, szczególnie, gdy autor wchodził na – tylko sobie wiadome – wynurzenia o Bogu czy łasce bożej. Nie mam nic przeciwko temu, ale chyba tylko BeBe Winans widział jakiekolwiek powiązanie z kontekstem. Takie to wszystko w rodzaju kazania kościelnego. A ja chciałam Whitney, Whitney, Whitney! Nie spekulacje, nie filozoficzne wywody. Whitney! Połowa tej książki to tekst-zapychacz, który niczego nie wnosi. I tylko żal mi drzew, bo pozycja mogła być o tę połowę krótsza.

Jedno jednak jest pewne – wszyscy chcielibyśmy mieć takich przyjaciół, którzy nawet po naszej śmierci, będą stać za nami murem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...